O poziomkach zza mgieł

Autor recenzji: Anna Kajtochowa

Z Andrzejem Walterem, artystą fotografikiem i poetą spotykamy się nie po raz pierwszy.

Jest on zdobywcą I nagrody w Konkursie Wydawnictwa Serbin Communications w Los Angeles, w którym jego zdjęcia wybrano spośród 22 tys. fotografii z czterdziestu krajów całego świata, posiadaczem dyplomu Nowojorskiego Instytutu Fotografii, autorem trzech albumów własnych prac fotograficznych, którym towarzyszy poezja.

Album fotografii i wierszy ulubionych poetów pt. „Nastroje” wydał w roku 2004. Zawierał jego fascynujące prace fotograficzne oraz utwory Baczyńskiego, Harasymowicza, Iwaszkiewicza, Kasprowicza, Leśmiana, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Poświatowskiej, Różewicza, Staffa, Szymborskiej, Tuwima w wyborze Jerzego Poradeckiego, profesora Uniwersytetu Łódzkiego, wykładowcy przede wszystkim poezji XX wieku, redaktora m. in. „Odgłosów”, „Nowego Wyrazu”, „Osnowy”, autora „Aż tu moje skrzydło sięga. Studia o dziejach motywu lotu poety w poezji polskiej od średniowiecza do współczesności” (Łódź 1988), „Orfeusza poetów XX wieku” (Łódź 1995), „Prorocy i sztukmistrze. Eseje o poezji polskiej XX wieku” (Warszawa 1999). Wspominam o tym nie bez powodu. Chodzi nie tylko o podkreślenie poprzez poezję walorów fotografii w albumie, która — jak pisze profesor „wyróżnia się szczególną wrażliwością na nastrój chwili. Świat [dla Waltera] jest zadziwiająco piękny i różnorodny, co udaje mu się pochwycić na fotografiach.

Czasami wyrwani z pośpiechu życia i zatrzymani w biegu zauważamy, ileż po jednym spojrzeniu na rzeczy odkrywamy piękna, zadumy i mądrości życia. To są te momenty, w których udaje się nam dotknąć czegoś niezwykle cennego. Zanurzyć się
w rzeczywistości, której zwykle nie dostrzegamy”.

O tym są wiersze Andrzeja Waltera i o tym także jego poezja.

Inny album „Paryż” (2003) zawiera urokliwe fotografie z tego miasta. Paryż zafascynował poetę fotografii i pióra szczególnym wyrazem wszechwładnie panującej tu miłości do samej metropolii i do Jadwigi — towarzyszki podróży i życia: „rysuję myślą Twojej twarzy blask/ kojący// kochać jest światem/ pełniejszym niż Słońce”.

Kolejny album „Miłość” podtrzymuje zachwyt przede wszystkim miłością i jest wyrazem — jak napisałam w pomieszczonym tam posłowiu — „podróży do krainy poetyckiej prawdy”. Szuka jej autor przekonany w pełni o możliwości dotarcia do istoty, uchwycenia w trakcie stawania się. Dociera do niej poprzez sztukę chwytania życia w słownym obrazie, definicji uczuć, w tym miłości w szerokim ujęciu. Bo nie tylko o miłość do kobiety mu chodzi, także do Stwórcy świata i człowieka — przede wszystkim bliźniego i w tym jest najbliższy ideałom chrześcijańskim. Na równi z miłością do Boga i człowieka liczy się miłość do życia, istnienia, sztuki, piękna, które tkwi w człowieku, jego otoczeniu i działalności, że najbliższą prawdą miłości jest bezinteresowność, altruizm, widzenie Boga i siebie w drugim człowieku. Podmiot poezji Andrzeja Waltera należy do analityków, szuka wzajemnych zależności, pragnie dosięgnąć sedna pojęć i zjawisk, ich złożoności i różnorodności. I dodajmy — w nieuchwytności Dobra i Piękna poezji. Bo na te dwa pojęcia wskazywał Norwid, uważając je za najważniejsze. Postępuje jak analityk. Bo tylko on potrafi przez lotne piaski dotrzeć do twardego podłoża, nie tracą sił i zapału w zgłębianiu dostrzeżonych problemów.

Analizuje ale i syntezuje. Zwrócił na to uwagę Ryszard Rodzik: „Fotografie Andrzeja Waltera tworzą te same subtelne i delikatne klimaty, jakie odnajdujemy w wierszach. I trudno tutaj tak naprawdę wskazać, czy wiersze są komentarzem do fotografii, czy na odwrót (…). Zadziwia (…) niesamowita dyscyplina słowa w poezji i dyscyplina obrazu w fotografii, co daje tej twórczości czytelność i łatwość przekazu”. Dodam — także jasność wywodu.

Tom „Miłość” dotarł do najmłodszych. Maturzysta Michał Zurzycki tak przedstawia swe wrażenia czytelnicze: „Ta poezja rozbudza
w czytelniku to, co na co dzień chowa pod skorupą dnia powszedniego. Każdy kolejny wers pobudza nasze uśpione zmysły. Tę poezję nie tylko widzimy, ale możemy poczuć jej zapach, otrzeć się o nią i usłyszeć, jak wypala swój znak w ludzkim sercu”.

We wstępie do najnowszej książki „Tam gdzie zebrałem poziomki”, autor koresponduje z tym i innymi czytelnikami: „TO co trzymacie w dłoniach powstało z łez, emocji, uczuć bólu i radości, przygnębienia i szczęścia… ze Zdarzeń, w których nieudolnie próbowałem odnaleźć ten tajemny boski plan. Jest? Czy go nie ma? Pomóżcie odpowiedzieć. Zabieram Was do Poziomkowego Lasu Pachnącego Marzeniami. …Lasu, który każdy ma koło Domu, tylko musi się zebrać na odwagę, by wejść w Niego całym sobą”.

Skomplikowany ten Las tak jak skomplikowany jest świat Andrzeja Waltera. Integruje on bowiem w swej twórczości aż trzy kierunki sztuki: artystyczną fotografię, wizję filmową oraz poezję. W aktualnie przedstawianej książce skupia naszą uwagę na poezji, inspirowanej filmem. Już sam tytuł podkreśla fascynację twórczością filmową Ingmara Bergmana: autor odwołuje się bezpośrednio do „Siódmej pieczęci” i „Tam, gdzie rosną poziomki”. Nie kryje zachwytu — przeciwnie — wplata fascynację we własną wizję współczesnego świata, który jawi się mu z całym okrucieństwem:

„zostaną po nas kwitnące esemesy
i zakrzepła krew
ukrzyżowanych snów
oraz garść popiołu
a może tylko kurzu
na klawiaturach

zostaną ciepłe pajęczyny
twoich oczu
niebieskich od monitora
choć ich kolor
smakuje wiosną
spijaną łapczywie
z poziomkowej nocy

a może nic nie zostanie
zmiecione burzą
na tysiąc stron świata
enter

procesory zza przymkniętych powiek
milcząco podstawią
wydruk EKG
enter”.

Czy akceptuje taki świat? Oczywiście że nie. Usiłuje mu przeciwstawić trudny optymizm, upatrując go głównie w stałym, silnym związku dwojga. To on ma doprowadzić do finału, kiedy „w końcu /ty i ja/ posadzimy poziomki/ na dachu/ bliżej słońca i wieczności”.

Nim jednak to nastąpi, musimy pokonać „mgłę własnego zamknięcia”, pokonać los, który każdemu „przyniesie na schody martwego ptaka”. Nie jest to łatwe, ponieważ „wytatuowano nas emocjami/ świecimy próżnym poszukiwaniem wolności, miłości, gaszenia i rozniecania pragnień/ w matni uczuć”. Na szczęście istnieją marzenia. I warto je „zakopać głęboko w ziemię/ by przetrwały/ a wiosną/ wyrosną z nich poziomki”. A może dojrzeją kiedyś na śniegu?

Poziomki są symbolem odradzania się wszystkich wartości, którymi Stwórca obdarzył ludzkość: fauna i flora, które tak nikczemnie niszczy człowiek, istnienie ziemi i wszechświata, miłość, przyjaźń, w ogóle wszelkie przejawy empatii danej człowiekowi, by uczynił świat piękniejszym a życie bogatszym.

Jakże jednak trudno wyrwać się bohaterowi z rzeczywistości „gasnących blokowisk”, „pustce na śmietniku naszego wymiaru”, „nieprzyjaznych spojrzeń” „płynnych ideałów wyszukanych na złomowiskach myśli/ rozpędzonych rozgrzanych pędem chaosu/ nagich bożków tego świata/ świata słów rzucanych na wiatr”. Zdaje sobie sprawę, że podobnie odczuwają rzeczywistość inni:

„z szuflad dzieciństwa wyciągamy
te wszystkie swoje żale
które owijamy wokół oczu
coraz bardziej ślepi
coraz bardziej niewidomi (…)

Wymykamy się dyskretnie
znając już swój los” (…)

Czy solidarność połączy wszystkich zagubionych w armię zdolną dojrzeć sedno Dobra we wszechwładnie czającej się mgle? Lektura tomu nie daje jednoznacznej odpowiedzi — ważne jest raczej zadawanie pytań, głównie stawianych sobie przez bohatera. Szuka on rozwiązywania dylematów we własnym życiu wewnętrznym, owej mgle, przesłaniającej egzystencję.
W tym jest wyznawcą kierunku filozoficznego, który nosi nazwę egzystencjalizmu i panował nieomal wszechwładnie w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, stworzyli go Sartre z małżonką i w mniejszym stopniu — Camus. Egzystencjonalizm zajmował się m. in. bólem istnienia, sytuacją jednostki w obliczu zagrożeń, tłumaczeniem stanów wewnętrznego niepokoju, podejmowaniem środków zaradczych w rodzących się stanach neurastenicznych, w ogóle skomplikowaną kondycją psychiczną jednostki, często zagrażającą depresją. Myślę, że wiele przeżyć relacjonowanych w książce wynika stąd, że bardzo trudno podmiotowi dotrzeć do istoty własnych przeżyć od chwili, kiedy odkrył, ile różnokolorowych różnorodności mieści się w dostrzeganym sednie zdarzeń głównie artystycznych, jak trudno zdefiniować wszystkie szczegóły warte zauważenia. Otaczająca je mgła, senne zjawy przesłaniają je tak, że mimo usiłowań nie jest w stanie tego dokonać. To rozumie intelekt. Ale wrażliwość i wyobraźnia artysty nie może się z tym pogodzić. Stąd pojawiające się często przeświadczenie o wszechmocnej sile poziomek, zdolnych zakwitnąć „nawet na śniegu”, o istnieniu snu na jawie.

Jak już wspomniałam, istotny wpływ na poetę wywarł Ingmar Bergman. Po raz pierwszy film „Tam gdzie rosną poziomki” Bergmana został wyświetlony w 1957 roku. Dzisiaj należy do klasyki gatunku, jak i cała twórczość Bergmana, który oddziałał na kilka pokoleń twórców i odbiorców sztuki filmowej. W tym upatrywałabym istniejący w poezji Andrzeja Waltera klimat tajemniczego, nurtującego niepokoju, przez który z trudem przebijają się nutki optymizmu, docierające do bohatera poprzez przeżycia estetyczne w obcowaniu z naturą, żywą w całym pięknie każdego dnia i sztuką — jej wieczną barwą i kształtem.

Tymi przeżyciami dzieli się z nami w książce „Tam gdzie zebrałem poziomki”.

Kraków, maj 2010

Wykorzystanie zdjęć lub tekstów bez zgody autora zabronione

Projekt i realizacja: agencja interaktywna futuresystems.pl