Złotousty cham

30 maja 2013

Przeczytałem w Dzień Matki, po przepysznym obiedzie (dziękujemy Ci Mamo!), znakomity artykuł Mariusza Cieślika pod znamiennym tytułem „Lansowanie chama”, który został opublikowany w sobotnio-niedzielnym (25-26 czerwca 2013) dodatku Rzeczpospolitej Plus Minus. (Człowiek syty chłonie wytrawniej). Tekst wpisał się w główną analizę wydania – mianowicie temat populizmu. Esencjalną tezą przywołanego tekstu jest tytułowa sytuacja wszechobecnego chama, którego podaje się nam na przeróżnych tacach, pod płaszczykiem pseudointelektualnych, zawoalowanych form, wyrafinowanych kształtów i pod pozorem postępu. („Że niby – nie da się inaczej”). Przy statystykach czytelnictwa, jedynym źródłem czerpania wiedzy o świecie, dla naszego społeczeństwa, pozostaje niestety telewizja. Na drugim miejscu sytuuje się Internet, lecz tu już działają pewne uwarunkowania technologiczne determinując trochę zawilej grupę tak zwanych internautów. Tam jednak też powszechnie podaje się analogiczne treści, choćby w warstwie szeroko rozumianych wiadomości. Zostawmy zagłębianie się w analizę mediów, a skupmy się na meritum tak zwanego lansowania.

„Największą rolę w ekspansji medialnego populizmu odgrywają dziś nie tabloidy, lecz telewizja, która potrafi wykreować na gwiazdę „mamę Madzi”, a zabójstwo uczynić rozrywką dla milionów. To samo zrobiła zresztą wcześniej z polityką” (…)

I chciałoby się dodać – kulturą, literaturą, sztuką … (przyp. A.W.)

„Znaczna część dziennikarzy i właścicieli mediów uważa, że nie ma z tej drogi odwrotu, bo takie są trendy, tego wymaga rynek i chce odbiorca. Że występuje tu swoisty determinizm, współczesna odmiana heglowskiej konieczności historycznej. Traktują to jako niepodlegające dyskusji wytłumaczenie medialnego populizmu i tabloidyzacji. Tylko czy to rzeczywiście nie podlega dyskusji? (…)

Otóż tabloidyzacja i medialny populizm – które są zjawiskami równoległymi i podobnymi do siebie, ale nie tym samym – wpływają destrukcyjnie na komunikację społeczną. Wprowadzają chaos informacyjny, lansują szkodliwe wzorce, wynoszą na szczyty popularności podejrzane indywidua i niszczą współczesną politykę, co musi przerodzić się w kryzys demokracji. Wszystko to oczywiście pod hasłem służenia „zwyczajnym ludziom” i dla ich dobra. Przesada? Jeśli ktoś tak sądzi nie docenia powagi sytuacji i nie wyciąga wniosków z tego, co już się stało.”

W zasadzie nic dodać, nic ująć. Diagnoza jest powalająca swoją prawdą i aktualnością. Czyż nie stanowią tematów tych „obiadowych”, („imieninowych” bądź „urodzinowych” i innych „okazyjnych”) rozmów właśnie takie „fakty medialne”, czy też aktualne „problemy społeczne” właśnie podnoszone czy pokazane? Ileż razy spotkałem się z postawą, że czego nie było w telewizji tego po prostu nie ma. Problem jest jednak na tyle poważny, że postawione w meritum pytanie – czy rzeczywiście to nie podlega dyskusji? powinno być dziś podnoszone do rangi najważniejszego i stanowiącego zaczyn do przysłowiowego „bicia na alarm”. Jeśli – rzecz jasna – chcemy jeszcze pożyć w normalnym kraju.

Wpisuje się ten tekst: zarówno cytowany, Mariusza Cieślika, jak i ten, który aktualnie czytacie, w ostatnio zaistniałą na łamach naszego portalu pisarze.pl dyskusją po tekście o wypowiedziach Daniela Passenta, Leszka Żulińskiego i Andrzeja Dębkowskiego zatytułowany „Los Frustartos” czy kolejny tekst o tolerancji i demokracji „Czas zbierania kamieni”. Dyskusja zatoczyła szersze kręgi i znalazła odzwierciedlenie w publikacjach świetnych autorów portalu, czyli : Jana Stanisława Smalewskiego, Marka Różyckiego jr. oraz Marka Jastrzębia. To chyba jest jasny i wyraźny sygnał, że w Polsce dzieje się źle, że ludzie to widzą, że chcą i potrzebują o tym rozmawiać. To jasny sygnał, że ludzie sztuki i kultury tego kraju – naszego kraju, Polski – muszą zacząć o tym powszechnie debatować, jednoczyć się i finalnie wpływać na polityków, właścicieli mediów i czytelników celem ograniczenia tego absurdu. Pobożne życzenie? Zapewne. Należy jednak wyartykułować i nazwać do czego doszliśmy. A doszliśmy kochani do stanu, w którym cham stał się porządkiem dziennym. Stał się wzorcem zachowań i tak potrzebnym społecznie pajacem. Nie mylić ze Stańczykiem. Tradycję i zwyczaje wyrzucono już na śmietnik historii, a cham sprawił, że odwróci się nam do góry nogami zarówno pojęcia jak i wartości, które zostaną nazwane od nowa, w duchu postępu i nowoczesności. Będzie temu klaskał pan premier i pan prezydent obojętnie jakiej maści i jakiego pochodzenia politycznego. Będą klaskać wierni zgromadzeni przed jedynie słusznym odbiornikiem o stu twarzach (czytaj: kanałach).  Będą zachwycać się skłonni robić karierę wszelaką łowcy życia na gorąco, które im się właśnie przydarza. Aż w końcu sam pan Bóg zaklaszcze na Koniec i… zgasi światło.

Potem weźmiemy pałki i kamienie (wcześniej zebrane w „Czas zbierania…kamieni”) i poczniemy się okładać – byle dla rozrywki, byle dać upust. Oko za oko, ząb za ząb. Tylko … to już było. Ale co? Co było? Jak było? Gdzie było i z kim? No… gdzieś tam było. Gdyż widz nie za bardzo będzie wiedział cokolwiek. Dożyliśmy czasów kiedy wizja orwellowska może przestać być wizją. Zuniwersalizowała się, odpolityczniła, zmaterializowała w czarnej skrzynce – obecnie możliwej do zawieszenia na ścianie, w samochodzie, w łazience … no, po prostu wszędzie. (Kolejna wizja z filmu „Raport Mniejszości” na podstawie genialnego opowiadania Philipa K. Dicka). Zatem nie łudźmy się. Demokracji już nie ma. Państwa też. Jest zagłaskiwane na śmierć (a Fe… – jakie to brzydkie słowo – śmierć) zbiorowisko samorealizujących się jednostek, które będą dbały tylko o swój własny – dogłębnie pojęty – interes. Cała reszta będzie tylko pozorem, fasadą, złudzeniem. Sprawy publiczne, Polska, patriotyzm, dobro wspólne … A kogo to będzie interesować.

Do takiego świata właśnie zmierzamy. Chochoły tańczą, a Wesele dopiero się zaczyna. Jeszcze wszystkich reflektorów nie odpalono. Gdzieniegdzie ciemno i kilku aktorów zapomniało roli, bądź ją ukrywa nawet przed samym sobą. Wyspiański, Mickiewicz, Norwid? Wkrótce usłyszymy od najmłodszych – A kto to jest?  ja tego „nie przerabiałem”… Ostatnio tak usłyszałem o Piłsudskim. Nie będę wnikał kto.(co i gdzie) Nieważne. Ważne, że pomylił go ów osobnik z … Poniatowskim. Powiecie absurd, zmyśliłem. Nie. Fakt. Autentyczny, niepodważalny fakt, którego doświadczyłem „na własne uszy” oraz  takiej samej maści fakt, jak mylenie na maturach Hitlera ze Stalinem. To się działo naprawdę w Polsce. Naprawdę (oj nieładnie… wujaszek Joe byłby zły, a jego zachodni wielbiciele być może też… )!

Złotousty cham już czeka za rogiem. Będzie miał maturę, tytuł magistra, a jak mu zagrają – tak zatańczy. Jak będzie miły, ładny, przystojny, spolegliwy i będzie pasował do dekoracji zostanie premierem, albo prezydentem, albo prezesem … Zostanie kim chce, czy mu się wydaje, że chce, byle tylko telewizja wskazała, że ma nim zostać. A my na to zagłosujemy słupkami oglądalności nie wychodząc z domu na ten majowy chłód wynikający z ewidentnego ocieplenia klimatu. Oj, klimat nam się tak ocieplił, że to musi kosztować. Będzie kosztować jak diabli. Utnie się kolejne fundusze na kulturę i w ogóle przemianuje ministra kultury na ministra wykluczonych, którzy siedzą po kątach i coś tam piszą. Dla niepoznaki powoła się Fundację (WSz?), która wskaże odpowiednich kandydatów, aby lud – jedynie słuszny lud – zaspokoił potrzebę posiadania „twórców”. Będą to twórcy z jednej stajni. Postawi się na właściwe konie. Minister wykluczonych zrobi kilka dobrych min do złej … to znaczy do dobrej gry w chowanego i okaże się, że nie jest tak źle. Że mamy pisarzy, noblistów, ale książek czytać nie musimy, gdyż będą tacy, którzy przeczytają je za nas i nam opowiedzą jak się skończyło. Potem kilka seriali. Angelina Jolie wersja XXV sobie coś tam utnie i znowu będzie gigantyczna debata. Dla naszego dobra. Dla zdrowia i bezpieczeństwa … i higieny.

Mógłbym tak jeszcze długo. Tylko po co. Po co kopać leżących. Nawet jak o tym nie wiedzą. Nie uchodzi.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że doświadczamy dziś postaw bagatelizujących ten opisany – mniej lub bardziej orwellowsko – stan rzeczy. Bagatelizujący czy też, o zgrozo, udających, że go nawet nie ma. Ludzi, którzy nie widzą problemu. Którzy klaszczą ochoczo i biorą za dobrą monetę fakt jak robi się z nas idiotów. Mówią, że wymyślamy, histeryzujemy, że kasandrycznie roztaczamy wizje, które są tylko lustrem naszej chorej wyobraźni oraz lęków, frustracji lub zahamowań. Otóż nie. Ludzie rozsądni widzą i pojmują, że weszliśmy na drogę donikąd. Zachód już się niepokoi upadkiem czwartej władzy (czyli prasy) wiedząc, że jej upadek może zachwiać demokracją. Przemodelowywuje się tam całą konstrukcję mediów i państwo bierze w swoje ręce narzędzia wspierania „czwartej władzy”. A u nas ma się to w przysłowiowej … zupie. To zresztą już nie ta zupa, którą karmił nas Jacek Kuroń. Świat przyśpieszył. Zmienił się diametralnie. Zostawmy świat. Wróćmy na nasze podwórko.

Czytałem właśnie książkę Piotra Zychowicza „Pakt Ribbentrop-Beck”. Książkę, która wzbudziła tak wiele kontrowersji. Książkę, która została zlekceważona przez jednych bądź wyniesiona do rangi „książki roku 2012” przez innych. To jest właśnie przykład (nie książka, lecz to lansowanie)  na przytoczony przez Cieślika chaos informacyjny. Informacja wraz z tym sztucznie bitym chaosem ma służyć tylko jednemu – ekonomii. Ma sprzedać. Nic poza tym. Muszę jednak przyznać, że to książka znakomita. Przykład również na to, że historię można czytać „jednym tchem”. Tak, wiem. To nie historia, lecz historical fiction. Jednak nie do końca. Znajdziecie tam państwo wiele faktów historycznych, o których nie dało się powiedzieć przez 50 lat po roku 1945, a i potem przez kolejnych dwadzieścia kilka nie bardzo „wypadało” wśród „aspirantów europejczyków”. I można oddzielić wnioski od tych faktów. Można dyskutować. Można nie podzielając tez autora przeżyć intelektualną i historyczną przygodę. Już samo to świadczy, że warto przeczytać „Pak Ribbentrop-Beck”. Po takiej lekturze można tylko rozważać, zastanawiać się i, co najważniejsze, myśleć samodzielnie.

Tylko lektura wartościowych pozycji pozwala myśleć samodzielnie. Telewizja, będąca rozrywką bierną i – z samej swej natury – rozrywką narzuconą, otępia. Lektura pobudza. Szkoda, że dziś trzeba to udowadniać. Choć wiem, że nie naszym czytelnikom. Wracając do Zychowicza uważam, że każdy kto uważa się, iż jest Polakiem i ma to dla niego jakieś znaczenie powinien tę książkę przeczytać. Nawet z takim oto nastawieniem – nie będę się z nim zgadzał, irytuje mnie takie stawianie spraw dziejowych i tak dalej. Ta lektura pozwala spojrzeć szerzej. Ja sam w zasadzie nie wiem czy z tezami Zychowicza mam się zgadzać czy nie. Cieszę się jednak, że taki punkt widzenia poznałem, i że warto by o nim pogawędzić w przyjaznej atmosferze. To wcale nie jest marnowanie czasu. To może – zaznaczam może – budzić na przyszłość rozsądek i rozwagę, a nasz kraj również może … naprawdę może się jeszcze znaleźć w podobnej sytuacji dziejowej i historycznej. Czy to się komuś podoba czy nie historia kołem się toczy, toczyła i toczyć będzie. Wniosek zatem prosty. To bardzo dobra książka. I przyznam szczerze, przeczytałem chyba wszystkie krytyki tej pozycji. W każdej było ziarno prawdy. Nie uprzykrzyło to jednak lektury. Namawiam.

Tak samo namawiam na lekturę książki, którą zaanonsował państwu Igor Wieczorek w felietonie „Szczypta prawdy w trocinach”. Nie da się zrozumieć i pojąć tego co się dzieje we współczesnej Polsce bez lektury „Trocin” Krzysztofa Vargi. Nie będę polemizował ani z Igorem, ani z autorem „Trocin” oraz ich spojrzeniami na : zarówno śmietnik kultury jak i historii. Ja bym tu widział jeszcze śmietnik człowieka, jako tej już przywołanej, jednostki samorealizacyjnej. Ten śmietnik jest nie tylko polski, ale u nas charakteryzuje się pewną prawdą i specyfiką w „Trocinach” uchwyconą. „Trociny” chyba jednak są, z pewnej perspektywy patrząc, wstrząsającym moralitetem … bez moralizowania. Są – było nie było – kontynuacją losu Maćka Chmielnickiego. To Chmielnicki Anno domini 2012, Chmielnicki 2,0 wersja rozszerzona. Kompatybilny i nowoczesny. Zbrodniczy i bezwzględny. Ucywilizowany i utylitarnie pragmatyczny. Chciwy i lękliwy, a przy tym wewnętrznie fascynujący. A Śmietnik? Śmietnik dziś ekskluzywny i bogaty. Poruszamy się po nim z pilotem w ręku, z iPodem czy iPhonem oraz całą stertą innych gadżetów, a jednocześnie z tak samo samotną duszą unoszącą się w jakieś nowe, nieznane raje projektowane przez coraz powierzchowniejszych Piewców postępu. A za rogiem… za rogiem już czeka, czai się, gotowy do skoku – złotousty cham. Spotkamy go i możemy zamienić nawet parę zdań… Jeżeli pojmie, co do niego mówimy.

Mariusz Cieślik „Lansowanie chama”. Plus Minus, Tygodnik Rzeczpospolitej. Nr 21 (1056) sobota-niedziela 25-26 maja 2013, Warszawa

Piotr Zychowicz „Pakt Ribbentrop-Beck”. Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o., Poznań, 2013

Krzysztof Varga „Trociny”.  Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2012

Andrzej Walter

PS.: moja córka z kolei – na własne uszy i oczy widziała maturzystę (zapewniam, że z dobrej, cenionej … placówki edukacyjnej), który nie potrafił na maturze odpowiedzieć na pytanie o twórcę Legionów; dostał pytanie pomocnicze, brzmiące – Józef… po chwili namysłu palnął ochoczo – Stalin? … czy tacy „geniusze” będą wkrótce nami „rządzić”… ?

(aw)

Wykorzystanie zdjęć lub tekstów bez zgody autora zabronione

Projekt i realizacja: agencja interaktywna futuresystems.pl