Wańkowicz krzepi!

1 marca 2013

„Jeden jest tylko heroizm na świecie: widzieć świat, jakim jest i kochać go”.
Romain Rolland

Współczesny świat rękami swoich wyznawców postanowił przedefiniować pojęcia, a jednocześnie, przy tej okazji unicestwić wartości wszelkich autorytetów. Przecież nikt nie włada prawdą absolutną, a sama prawda stała się pojęciem względnym. Przecież wolność, równość i braterstwo toczone kołem dziejów ukształtowało nowego człowieka, który owe pojęcia zawłaszczył na pożytek swoich potrzeb i zachcianek. Niby nic się nie zmieniło. Jest jak było. Człowiek coraz silniej panuje nad stworzeniem. Rozwija się. Unowocześnia i łagodzi byt jednostki w skomplikowanej rzeczywistości. Jednocześnie coraz silniej coś wymyka mu się z rąk i z wielkim hukiem spada na ziemię. To pasja życia i niepokój poznania. Ten odwieczny, pozbawiony wszelkich schematów i kalek, pęd do odkrywania oraz umiejętności zadziwiania się. Stajemy się maszynami – gdzieś podłączonymi, przez coś zasilanymi. Sterowni, plastyczni. Wolni?

W kontekście kruszenia pomników i wietrzenia piedestałów chcę przypomnieć pewną wyjątkową postać. Wrócić, nawet nie w pewną epokę, lecz w całą gamę czasów, którymi z silą nawałnicy intelektualno-duchowej  przeszedł ten człowiek. Mógłby być późnym synem Bogumiła Niechcica, niezapomnianego bohatera „Nocy i dni”. Smakował prawdziwej wolności i doświadczył prawdziwej niewoli. Dotknął biegunowo przeciwstawnych systemów: społecznych, politycznych, pomysłów na państwo i cywilizację. Smakował monarchii, i projektów totalitarnych z ich dramatycznie zakończonym pomysłem na człowieka. Wnikliwie obserwował to wszystko. I pisał, wciąż pisał, analizował i … pisał. Król reportażu, jedna z największych  indywidualności polskiej literatury XX wieku – Melchior Wańkowicz.

Urodził się 10 stycznia 1892 roku w Kałużycach na Mińszczyźnie. Pochodził z rodziny ziemiańskiej herbu Lis, zasłużonej dla polskich kresów. Zresztą walka o polskie kresy i ich znaczenie dla narodu stanowi ważny rys jego twórczości. Ojciec pisarza, również Melchior, był zesłany na Syberię za udział w powstaniu styczniowym. Skąd my to znamy? Czy ta tożsamość – tak charakterystycznie polska – nie determinuje Wańkowicza do pójścia drogą, którą poszedł? Rodziców właściwie nie znał. Zmarli szybko, a mały Melchior trafił do babki na Kowieńszczyźnie, co znalazło później odbicie w książce „Szczenięce lata”. Miał w tym nieszczęściu wiele szczęścia. Z początkiem nowego wieku trafił do znakomitego gimnazjum warszawskiego. Prócz tego szczęścia miał też jednak wybitny talent i wcześniej wspomnianą pasję. Dynamicznie angażował się: a to w działalność polityczną, a to w redakcje gazetki szkolnej, słowem – niespokojny duch. Wańkowicz debiutował artykułami w prasie jeszcze pod zaborem rosyjskim. Pierwsze tomy reportaży i wspomnień wydał w okresie międzywojennym. Podczas II wojny światowej pracował jako korespondent wojenny przy II Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa. Bezpośrednio po wojnie przebywał na emigracji, w 1958 powrócił do rządzonej przez komunistów Polski.  W 1964 podpisał tzw. List 34, z protestem m.in. przeciwko cenzurze, przez co naraził się na proces sądowy i kilkutygodniowe uwięzienie. Oczywiście wydarzenia te, wyżej zamknięte w kilku zdaniach, ukazują tylko dynamikę działań pisarza. Jego aktywność życia, jakże niezbędną do wytrawnego tworzenia.

Historia Listu 34, zwłaszcza po latach, posiada aspekt anegdotyczny. Powrót do Polski Wańkowicza był z dzisiejszej perspektywy, powiedziałbym komfortowy, gdyż posługiwał się on mimo wszystko paszportem amerykańskim. Podpisanie listu przeciwko ograniczeniom przydziału papieru na druk książek i czasopism oraz zaostrzeniu cenzury znalazło szeroki oddźwięk w świecie dzięki Radiu Wolna Europa. Nasz „wybitny intelektualista” nowych czasów – Władysław Gomułka – w latach sześćdziesiątych musiał już (jakoś tam) liczyć się z opinią publiczną świata i ówczesne władze chciały się chyłkiem wycofać z szykanowania akurat tego pisarza. Ten ponoć zabrawszy szczoteczkę do zębów wybrał się do więzienia i domagał odbycia kary pozbawienia wolności. Nadaremno. Sprawa nagle stała się niewygodna dla władz. Ponoć anegdota ta nie ma potwierdzenia w wiarygodnych źródłach, jednak zarys tej historii pokazuje jakim człowiekiem był Wańkowicz oraz w jak specyficznych warunkach przyszło mu tworzyć. Uzmysławia też pewien mechanizm działania władz. Władz ówczesnych, które przemocą tępiły wolną myśl twórcy jak również władz dzisiejszych, które wyrafinowaną (przewrotnie stosowaną) ekonomią chcą zamknąć usta pisarzowi. Intelektualista był i pozostał niewygodnym świadkiem czasów. Zmieniły się tylko imponderabilia. Jednakowoż nie zmieniła się chęć uciszenia niepokornych. Jeszcze gorzej z mediami. Przecież nie ma dziś niby przeciwko komu się buntować. Czy aby na pewno?

Melchior Wańkowicz i jego twórczość stanowią przykład wnikliwości opisu zastanego świata, rozsądnego poddawania osądowi oraz ostrożności w łatwym dawaniu recept jego naprawy. Dowodem na to jest finalna, wybitna praca pisarza Karafka La Fontaine’a. Tytuł wywodzi się z anegdoty kiedy do La Fontaine’a zwrócono się o pomoc w rozstrzygnięciu sporu. Na stole stała karafka. Każdy z uczestników sporu widzi z różnej perspektywy siedzenia różne barwy odbitego światła przechodzące prze ową karafkę. La Fontaine uzmysłowił interlokutorom, że zależnie od tego z której strony się patrzy widzi się inny kolor. Najważniejsze to widzieć wszystkie kolory razem i rozumieć, że nie ma tylko jednego. Niesamowite są wspomnienia i refleksje ostatniej współpracownicy Wańkowicza – Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm (ciekawa jest też historia zaakceptowania tej współpracownicy przez Mistrza):

„Wańkowicz nauczył mnie

pracy, skupienia, uwagi, koncentracji, wykorzystywania czasu.  

- Nie marnuj czasu, nie marnuj dni. Jak pracujesz, rób to z oddaniem. Gdy czujesz się zmęczona, odpocznij, ale zaplanuj ten odpoczynek. Miej świadomość przepływającego czasu. Nie miej pustych dni. Wypełnij je – pracą, lekturą, zabawą, sportem. Ale staraj się czuwać nad tym, co się z tobą dzieje. Niech ci dni nie mijają na niczym… Ucz się życia i poznawaj ludzi. Gdy Adam i Ewa wypędzeni z raju zachłysnęli się ziemskim powietrzem, poznali także miłość, zazdrość, oszustwo, skąpstwo, zawiść, pożądanie i słabość. I takie są całe pokolenia ludzi. Patrz na nich, a będzie cię ta wiedza wspierać i dodawać siły własnej. (…) Przemieniony w drzewo, nie namaluje go. Aby dobrze namalować drzewo, trzeba mu się przyjrzeć z bliska, potem odwrócić i popatrzeć z dala…”

Zdania te potwierdzają mądrość pisarza i dają nam wciąż aktualną radę oraz wskazówkę do tego nawet nie tylko jak pracować i pisać, lecz wręcz jak żyć w naszym dzisiejszym świecie. W świecie pustki wypełnianej zachcianką czy kaprysem. Czy też w świecie tak zwanego samospełniania się, który tę pustkę umożliwia.

Ta „pisarska mądrość” Wańkowicza jednak nie zawsze była docenioną. Podążę tym wątkiem, gdyż mimo wszystko chciałbym odnieść tego twórcę do czasów dzisiejszych. Jest nam to potrzebne w kilka chwil po otarciu się o Nobla przez Ryszarda Kapuścińskiego. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku Anna Bojarska w „Nowych Książkach” pisała:

„Pierwszą refleksją jaka nasuwa się po lekturze, jest zdumienie, że Wańkowicz w ogóle zrobił karierę. Bo teraz dopiero, gdy się patrzy na czas już zamknięty, widzimy, że zrobił ją przeciw wszystkiemu i wszystkim. (…) Próżno było szukać jego nazwiska historiach literatury polskiej, w grubej księdze Prozaicy dwudziestolecia międzywojennego, w antologii pisarzy polskich wydanej po angielsku, w omówieniach plonu literackiego (…) Bestsellerów nie zalicza się w Polsce do literatury, bestsellerom odmawia się nawet tych ochłapów recenzji, które należą się „utworom normalnym”. A mowy nie ma o tym, by należało się im więcej. Powodzenie jest czymś podejrzanym, powodzenie się przemilcza. Było cudem, że o Wańkowiczu jednak mówiono i pisano – choć nigdy nie został uznany za „prawdziwego pisarza”, kogoś, kogo bez żadnych wątpliwości umieszcza się w kompendiach i podręcznikach”.

Ot, jak zmieniły nam się czasy.  Jak odwróciły się nam role i znaczenia. Dziś do literatury zalicza się wyłącznie bestsellery coraz gorszego gatunku i autoramentu. Przemilcza się „frustratów i nieudaczników”. Wszystko ma swój wymiar rynkowy. Powodzenie jest kluczem do sukcesu i można go kupić. Sukces zaś jest miernikiem analizy. Mało intelektualnej. Czy i dziś cud Wańkowicza by zadziałał? Jestem pewien, że tak, gdyż z całym szacunkiem dla Ryszarda Kapuścińskiego, którego książki lubię i cenię, uważam teksty Wańkowicza za bogatsze i bardziej wnikliwe w aspekcie szerokości osądu czy głębi horyzontów, kontekstów i odniesień. Kto jak nie Wańkowicz mógłby dziś, gdyby żył, pchnąć polską literaturę w wytrawniejsze i sensowniejsze rejony niż  głośno dziś komentowane i intensywnie omawiane książki Twardocha czy Gretkowskiej. Cóż, jaki poziom intelektualny polskiego społeczeństwa takie i mamy bestsellery. Nagradzane, opisywane, roztrząsane … że posłużę się neologizmem – zcelebrycone. Wańkowicz kreował, szukał, drażnił i pobudzał szare komórki. Wańkowicz walczył o tradycję, tożsamość, historię. Stworzył reportaż literacki jako nowy gatunek literacki, a nawet posunął się do napisania powieści reportażowej takiej jak Monte Cassino, która weszła do kanonu naszej świadomości narodowej. Co zostanie po dzisiejszych bestsellerach? Czarna dziura błahości i banału. Swąd nisko instynktowej sensacyjki i daremnego bicia piany? Może nawet nic nie zostanie.

Ja tu nie obrażam polskiego społeczeństwa, ani nie chcę się na nie obrazić. Wciąż w to społeczeństwo wierzę i cieszę się z tego, że jestem Polakiem. Sygnalizuję tylko kolejny problem czasu tak zwanej wolności i tak zwanego kapitalizmu (z polską twarzą). Problem gremialnego odchodzenia od duchowości, intelektualizmu i głębi człowieczeństwa. Problemu medialnego narzucania nam wzorców obcych i skierowania nas na drogę lekką, łatwą i przyjemną. Nie tędy droga i wielu z nas to rozumie. Tylko ten głos nie może się przebić. A wręcz jest spychany w margines tak zwanego oszołomstwa i pozornej negacji nowoczesności. Przychodzą mi tu na myśl słowa Tadeusza Różewicza z wiersza „Zaćmienie światła”:

„wystawiam sobie
świadectwo ubóstwa
ale nie mogę
gasić światła rozumu
tak obelżywie traktowanego
pod koniec naszego wieku”

Szukając dziś ducha Melchiora Wańkowicza krążącego nad naszą literaturą nie da się pominąć tak ważnego aspektu jak reportaż ekonomiczny. Najlepszym tego przykładem jest wznowione właśnie wydanie Sztafety. Abstrahując od krytyki tego tekstu przez samego Wańkowicza, różnych nań zapatrywań w różnych epokach można pokusić się o tezę, iż dziś nikt takich analiz nie czyni i tego typu tekstów nie pisze. Ci, którzy usiłują, prowadzą mniej lub bardziej fantazyjne „odbieganie od tematu” w rejony nachalnie ideologiczne czy wręcz propagandowe. Wańkowiczowi też się to zarzucało, ale dopiero wiedząc jaki finał znalazły opisywane wysiłki i plany. Dziś, być może (jeśli to rozważyć) nie ma o czym pisać. Nie wiem czy to jest jednak prawda. Sądzę, że jednak jest o czym pisać, że jednak tak wnikliwie nikt dziś nie chce pisać, a świat jest dziś wielce skomplikowany… i niełatwy do „rozgryzienia”… i – finalnie – wymaga takiego pogłębionego reportażu. Dziś też, jak mawia krakowski historyk literatury dr Jacek Kajtoch – można pokusić się o stwierdzenie, iż „nasi Ojcowie budowali fabryki, my natomiast je demontujemy czy wręcz burzymy (albo sprzedajemy)”. COP i gdyński port stanowiły – jakby nie patrzeć – wielkie wyzwanie dla państwa odrodzonego po latach zniewolenia i państwo to dość sprawnie sobie poradziło z tym wyzwaniem. Dziś tej sprawności jakby mniej. Temat jest otwarty i polemika w tej materii na pewno byłaby konstruktywną dla obecnej Polski. Brakuje dziś takiej Sztafety … jak również brakuje autora, który swą apolitycznością i wnikliwością, jak również odwagą stawianych tez – pobudził umysły.

Pisanie dla Wańkowicza było całożyciową pasją. Lekturę jego tekstów powinno się nakazać wszystkim tym, którzy chcą być dziś twórcami pióra, dziennikarzami, ludźmi słowa. Jego refleksje nad talentem, indywidualnością, ciekawością świata i zaangażowaniem w pracę oraz ponoszony wysiłek twórczy powinny oświecać drogę wszelkim adeptom pióra. Niestety odnoszę wrażenie, że nie oświeca. Nie wolno jednak generalizować. W naszym kraju, na szczęście są ludzie, którym spuścizna Melchiora Wańkowicza nie jest, nie była i jak widać nie będzie obojętna. W 2010 roku Wydawnictwo Pruszyński i S-ka wznowiło wiele ważnych pozycji z bogatego dorobku pisarza w tym wspominaną Karafkę La Fontaine’a. Sądząc po zniknięciu z półek wciąż mamy w społeczeństwie czytelników i wyznawców, do których chciałbym się też móc zaliczyć. A jest co wyznawać. Człowiek, który przeszedł tak wnikliwie większą część XX wieku, a w swej twórczości był prekursorem i nowatorem literackim może być uznany za autorytet. Nawet powinien być zań uznany. Dziękuję Wydawnictwu oraz Rodzinie Melchiora Wańkowicza za wydanie i udostępnienie tych książek na polskim rynku. To było bardzo ważne i zaowocuje.

Wańkowicz krzepi!

Aspektów twórczości Wańkowicza i przemyśleń z nią związanych jest więcej niźli miejsca w tym tekście. Autora „Ziela na kraterze” i wielu innych – dziś już legendarnych tytułów – nie można ograniczyć li tylko do miana pisarza. Warto zapoznać się z jego w miarę pełnym życiorysem, gdyż wyrasta z niej działacz i społecznik wielkiego formatu. Wciąż coś popierał, z kimś się o coś spierał, o coś walczył, ktoś go zamykał, ktoś wypuszczał i tak toczyło się to pełne pasji życie od zaborów, przez obie wojny światowe, krótki czas wolności czy arcyciekawy czas emigracji powojennej. Kresem losu tego Człowieka była rzeczywistość PRL-u, z którą poradził sobie znakomicie. Przemycał po prostu w tekstach prawdy uniwersalne, nieuchwytne dla ustroju i jego strażników. Ta szczerość postawy życiowej zgodna z naturą oraz ogromny talent słowa zamieniły się w kopalnię wiedzy i inspiracji twórczych dla współczesnych. Jak barwnym człowiekiem był Wańkowicz najlepiej zaświadcza fakt, że jego książka była zakazana (a autor ścigany!) w faszystowskich Niemczech, a potem inna książka została mocno okrojona przez komunistyczną cenzurę – mam na myśli „Monte Cassino”… Wszystkie te przygody życia wpływały na teksty, lecz i teksty – jak w przypadku „Na tropach Smętka” wpływały na kolejne przygody jego fascynującego  życia. W czasie II wojny światowej pisarz będąc w Lublinie usłyszał przez radio (niemieckie, nadające po polsku Wrocławia) następującą pogróżkę: „Wańkowicz jest w Lublinie, ale my go tropami Smętka złapiemy”. Trudno by nie wpłynęło to na decyzję Wańkowicza – co robić i dokąd udać się dalej. Warto tu na chwilę podążyć tropami Smętka. Uderza odwaga z jaką Autor opisał przemoc i nienawiść do polskości Prus Wschodnich. Brawurowe wzięcie w obronę uciskanych jest w dzisiejszych czasach bezprecedensowe. Postawa, która odchodzi do lamusa współczesnego świata powinna być dla nas wzorem. Taką postawą powinien podążać pisarz XXI wieku. Czy podąża? Niewiele takich świadectw. Ponoć nadzieja umiera ostatnia…

Wańkowicz miał na pieńku nie tylko z faszystami czy komunistami. Polski Paryż tępił go dość zajadle. Londyn nie był lepszy. Niezależność intelektualna i chadzanie przez pisarza własnymi ścieżkami zaowocowało książką Kundlizm – zbiorem felietonów o wadach narodowych Polaków. Zawsze ku chwale prawdy, zawsze poszukujący i zawsze dający na tacy własne, niezależne zdanie. Zawsze walczący o jakąś prawdę i jakiś cel. Cóż dla Polaków może być (i jest dziś) gorszego? Nieprawdaż? Ciekawostką jest broszura z roku 1949 pt. Klub trzeciego miejsca. Wańkowicz twierdził w niej, że chociaż Polska należy kulturowo do Zachodu, geopolitycznie jest uzależniona od Wschodu. Wymusza to na przedstawicielach narodu polskiego nieuniknione kompromisy i przynależność do „klubu trzeciego miejsca”, do członkostwa w którym pisarz też się umiejscawiał. W cztery lata po dostaniu się Polski pod dominację radziecką nie były to tezy popularne wśród emigracji.

Dziś – jak sądzę – tezy te też nie byłyby popularne, aczkolwiek uderzające jest, że nie wpisują się w którykolwiek z nurtów toczonego obecnie w Polsce sporu na temat naszej polityki zagranicznej. Pomiędzy kim – mniej więcej wiemy. Tezy te są wypadkową przemyśleń i doświadczeń. Ciekawe, że dziś, jakoś te wyjątkowo trafne zapatrywania  tak się w pewnych kręgach spolaryzowały bądź w innych wręcz rozmyły. No, chyba że dziś możemy – parafrazując – zbudować nowy tytuł: „Klub trzeciego miejsca – od Końca”. Zachęcam do napisania tekstu. Ostatecznie mamy jeszcze w naszym kraju kilka tęgich piór. Tym bardziej, że ostatnimi czasy doniesienia medialne słodzą naszej władzy jak mogą, (nowa „gierkowa” epoka?) a pomimo ukutego przez Wańkowicza sloganu „cukier krzepi”, może jednak nie krzepi aż tak bardzo. I może warto się nad przyszłością choć trochę nachylić. Inaczej znów możemy zostać postawieni w typowej sytuacji polskiego „chciejstwa”, że chcielibyśmy to jakoś naprawić, ale już … „za późno”. Na cóż, mamy kolejną złotą dekadę i piękny stadion narodowy.

Rozbawiła mnie przytoczona w ramach „Chciejstwa” anegdota: „W jednym z salonów emigracyjnych Mickiewicz rzekomo twierdził, że należało raczej zagrzebać się pod ruinami, niż poddać Warszawę. Na co podobno generał Małachowski spytał: – Czy po to, byś pan mógł opisywać zagrzebanych?”

Niestety my – wszyscy piszący – będziemy wkrótce zagrzebani. Pytanie tylko czy będzie nas komu opisać? Oczywiście żartuję, celowo prowokując do refleksji nad stanem … pozycji pisarza i czytelnictwa, ale temat staje się już banalnie nierozwiązywalny. Zatem spuśćmy nań zasłonę milczenia.

Melchior Wańkowicz swój testament twórczy zawarł w Karafce La Fontaine’a. Pisarzy.pl powinna ta pozycja zainteresować jak najbardziej, gdyż trudno dziś o rzetelniejszą analizę naszego stanu posiadania oraz naszego stanu stracania , znaczy zagubiania pewnych walorów niezbędnych twórcy, by cokolwiek tworzył. Obserwatorzy z zapchlonej kanapy coraz bardziej zagubieni, szukający jakiegokolwiek grosza, by przeżyć, a czytelnicy … Ech. Powtarzam wątek. Szkoda, że wraca jak bumerang. Ostatecznie Wańkowicz obrał kierunek amerykański – nie australijski. Jaki by ten kierunek jednak nie był, warto może przytoczyć Wańkowicza w kwestii krytyki literackiej: „Emocja osądu jest nieodłącznym składnikiem pisarstwa. (…) Tak czy owak – pisarz potrzebuje spojrzenia z boku albo obiektywnej oceny jego założeń ideowych czy formalnych, albo żeby jego megalomanii przytrzeć rogów, albo jego zwątpieniom podać pomocną rękę”. No cóż. Z kapelusza możemy wyciągnąć kolejny kontrowersyjny dziś temat – krytyki literackiej. Szeroko opisywany temat jej braku, potrzeby, upadku czy przeistaczania się „w dźwignię handlu” zwaną paskudnie – promocją. Kolejny temat rzeka. Zgłębiany acz niezgłębiony. I niby wnioski już wysnuto, niby jest jak jest i tak być musi, normalna kolej dziejów i postępu – ale czy aby na pewno? W takie oto meandry dylematów wciągał nas i wciąga Wańkowicz na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku i dziś. Kto wie czy nie są one bardziej aktualne dziś niż wtedy. To już tylko pokazuje przenikliwość i geniusz tego twórcy – wielkiego, legendarnego Melchiora Wańkowicza – pisarza, eseisty, felietonisty, króla reportażu i wulkanu działania (i wielu jeszcze innych: ról, funkcji czy cech przychodzi tu na myśl …). Nie waham się tu użyć takich słów. Zasłużył na nie swoim życiem i dorobkiem. Warto wciąż zagłębić się w lekturze, która stawia pewne ważne tezy, dywaguje nad różnymi aspektami i odpowiedziami – słowem – widzi wiele kolorów razem, które składają się na jedną bogatą i różnorodną paletę barw. Wańkowicz musi być dziś dla nas lekturą obowiązkową, a może też stanowić właściwy drogowskaz na drodze powstrzymania degradacji: kultury w ogóle, a literatury w szczególności.

Niestety, w dzisiejszym świecie rozwaga, namysł, spokojna rzeczowa refleksja staje się passe. W miejsce tych walorów mamy cywilizację enter kształtującą swoje istnienie na wzorcach wideoklipu. Pod strzechy trafia wszechobecny język reklamy, który deformuje rzeczywistość do karykatury człowieka jako istoty myślącej. Cukier już nie krzepi, a LOTem bywa dalej niż bliżej … Kto dziś tworzy te współczesne reklamy? Treści w nich zawarte wołają o pomstę do nieba! Na tym tle Wańkowicz wciąż jednak krzepi i będzie krzepił nadal, jeśli tylko ktoś zechce przejść tropami tego wielkiego bogactwa, którym nas uraczył.

W jednym ze swych felietonów przywołał myśl Romain Rollanda

„Jeden jest tylko heroizm na świecie: widzieć świat, jakim jest i kochać go”.

On ten świat takim widział i heroicznie mu na nim zależało. To jest jednak wciąż bardzo trudne wyzwanie i zawsze na miarę aktualnej współczesności.

Andrzej Walter

Wykorzystanie zdjęć lub tekstów bez zgody autora zabronione

Projekt i realizacja: agencja interaktywna futuresystems.pl