Qui bono

28 sierpnia 2013

Informacja jest wszystkim. Jest bogiem. Bożkiem nowego – wieku, świata, horyzontu myślowego – niepotrzebne skreślić. Jest bezcenna. Informacja, w dobie błyskawicznej, różnorodnej i maksymalnej komunikacji jest na wagę wielkiej kasy. Kasy, o której nam się nawet nie śniło. Kształtuje bogactwo. Nie. Nie narodów. Kształtuje bogactwo grupy trzymającej władzę. Kto jest w tej grupie? Właściwe nie wiemy. Nie dla nas ta… informacja. To jednak nie jest grupa z naszego podwórka. Grupa z naszego podwórka to banda matołków z prowincji, która dorwawszy się do władzy pod pozorami różnych póz kręci swoje lody (i swoich rodzin czy zaufanych kolesi). Małe móżdżki, wielka chciwość. Umiarkowane układy i wielkie napuszenie. Światem rządzi tamta grupa. Wielka grupa trzymająca władzę. I trzyma ona za twarz cały świat. Ich pieniędzy, wpływów i … władzy nawet nie potraficie sobie wyobrazić. Zresztą dla nich pieniądze już nie mają znaczenia. Już ich nie biorą. Nie bawią. Nie stymulują. Teraz działa już tylko władza. Wolność nieograniczonej władzy. Podobno bredzę. Czy aby całkowicie? To nie teoria spiskowa, choć może na taką wyglądać.

Moi drodzy – pisząc wciąż ten sam artykuł – będę bredził nadal. Możecie stukać się po głowach. Wasza sprawa. Waszej wyobraźni. I waszej wiedzy o tym co dzieje się obecnie na świecie. Ja powiem Wam krótko. Wszędzie Was widzą i wiedzą o Was wszystko. A wkrótce będą wiedzieć jeszcze więcej. Technologie już są. W fazie badawczej, a niejednokrotnie wprowadzanej w życie. Francuska firma Quividi, amerykańska Verizon czy swojsko amerykańska Microsoft. Zespoły naukowców skupionych wokół amerykańskich uniwersytetów, z tym najsłynniejszym Massachusetts Institute of Technology praktycznie wie już „jak tego dokonać”. Czego? Pod pozorem ułatwienia nam życia, bądź oferty dobrej zabawy zainstaluje nam system, który będzie o nas wiedział wszystko. Ten system będzie w naszych domach. Kamery w laptopach, komputerach i telewizorach, być może nawet w jednym urządzeniu, które przemodeluje nasze życie i nasz świat. Nie wierzycie? Zobaczymy. Już teraz Google śledzi każdy nasz krok w sieci. Podsuwa nam potem odpowiednie treści i reklamy. To już wiemy. Nie wiemy jedynie, że są w stanie rozpoznawać gesty, określić stan podekscytowania czy znudzenia, określić temperaturę ciała, napięcie mięśni czy nacisk stóp na podłogę. Programy rozpoznające różne czynności, analizujące wszelką aktywność, programy wychwytujące grymasy, gesty, zwężenie siatkówki oka. Słowem sciene-fiction w naszych domach. Dokładność pomiarów jest zbliżona do szpitalnego EKG. Co to wszystko oznacza? Oznacza nie mniej ni więcej, że Wielki Brat spojrzy na nas czule i zapyta co chcemy na kolację. Tylko co wtedy jak Wielki Brat będzie miał „gorszy dzień”? Bądź kiedy Go… wkurzymy? Pozwolę sobie pozostawić Was z tym pytaniem oraz z możliwymi odpowiedziami. Pozostawię z plikiem innych pytań. „Róbta co chce ta”. Przecież to przyjęta, modna i zaakceptowana społecznie dziś reguła. Taka sobie nieszkodliwa…

Warto zastanowić się nad drogą, którą do takiego właśnie świata podążamy. Koncerny wymienione wyżej zapewniają, iż bezpieczeństwo naszych danych to ich priorytet. Święta sprawa. Tyle, że te koncerny i korporacje zrobiły już wiele, aby obalić wszelkie świętości. Czy zatem można wierzyć w ich zapewnienia? Nie sądzę. Konglomerat firm reklamowych, największego biznesu oraz gigantów medialnych może i nie ma jednego określonego kierownictwa, konkretnych Kowalskich, ale zadziwia wyjątkowa spójność działań „na drodze”, wyjątkowa zgodność celów oraz specyficzna atmosfera pracy, którą narzuca się pracownikom, bądź szkoli ich to takich celów realizacji. To wszystko dzieje się pod pięknymi hasłami udogodnień, ułatwień … generalnie postępu, rozwoju i szczęśliwości ogólnej. Czy jest możliwe, by rządził tym sam pieniądz i rynek nim skonstruowany? Czy jest to logiczne? Czy po prostu wygodniej nam w to uwierzyć. Lepiej brać rzeczywistość jaka jest i zbyt wiele się nie zastanawiać. Tak to działa. Droga, którą podążamy. Jaka jest? To droga telewizyjna albo internetowa. Ogromna większość coraz słabiej dziś edukowanych społeczeństw gros wiedzy o świecie czerpie z tych dwóch źródeł. Zejście książki z piedestału jej należnego ułatwia tylko to zadanie. Przecież temu ogromnemu kapitałowi na tym zależy. Aby ludzie byli coraz głupsi i aby coraz bardziej byli zalęknieni. Takimi ludźmi najłatwiej sterować i manipulować. Kupią wszystko co im się podsunie. Dla najgłupszych podsuwa się rozwiązania najprostsze i w najprymitywniejszy sposób zaprezentowane. Dla „mądrzejszych” robi się to w sposób bardziej wyrafinowany „przemycając treści”. Tak zwany „główny bohater” tak myśli – to i ja tak będę myślał. Pierwszy rzuca hasło, reszta reaguje stadnie. Tak również to działa. Nieznani Oni chcą nam urządzić nowy wspaniały świat. To, przyznam, lepszy numer niż wycięli nam Hitler ze Stalinem razem wzięci. Póki co numer niewinny, łatwy i przyjemny. Za lat dzieścia może już być mniej zabawnie. No i proszę jaka piękna lamentacja… Postukajmy się po głowie, pośmiejmy. Ten się śmieje naprawdę, kto śmieje się ostatni.

Wróćmy do Drogi do (tego) Szczęścia. Jedną z nich jest telewizja. Telewizja, która pewnie skona, czy przynajmniej się jakoś przekształci pod naporem sieci, na razie jednak trzyma się mocno. Dzięki ludziom, którzy nabijają słupki oglądalności. Stąd też utracili czas na czytanie książek (między innymi rzecz jasna – są jeszcze siłownie, fitnessy, solaria bądź galerie… handlowe). Otóż ta cała kilkusetkanałowa  telewizja jest dziś dogłębnie chora. Przeżarta cynizmem i wyrachowaniem. Właściwie nie będzie przesadą jak powiem, że traktuje widza jak kompletnego debila. Jak najprymitywniejszego przygłupa, dla którego istotą rozrywki są mocne wrażenia oraz matolski rechot z byle czego. Styl prezentowanych kabaretów, jakość emitowanych filmów czy nawet forma prezentowania wiadomości urągają dosadnie wszelkiemu rozumowi oraz każdemu człowiekowi myślącemu. Obrażają nas jako widzów, żerując na najtańszych, najniższych i najpospolitszych instynktach. To żenada. Wczoraj chciałem obejrzeć co dzieje się w Syrii. Wiadomość ważna dla świata, była tam podana, jako któraś z kolei. Bez panoramy, głębi i kontekstu. To było żałosne. Tu można poczynić małą dygresję, że poziom prezentowania wiadomości przykładowo przez BBC, a nasze rodzime stacyjki odbiega od siebie o lata świetlne. To jednak szerszy temat naszej generalnej siermiężności wobec ich … wypracowanych latami (podczas których my studiowaliśmy Marksa i Engelsa) … otóż wypracowanych latami – metod działania czy też form propagandy. Póki co te formy wydają nam się nowocześniejsze i lepsze, ale poziom tej nachalnej propagandy (z bogatszym zapleczem niż kukuruźnik w zakładzie pracy) tam też jest ponad przeciętną. BBC też potrafi „wcisnąć nam” pseudonaukowy film o Holokauście, z którego możemy się dowiedzieć wielu rewelacji. Na przykład takiej, że – islamska mniejszość w Europie w średniowieczu…. Urocze, nieprawdaż. I tak się tylko zastanawiam. Zaczynamy żyć w świecie, w którym: gdzie się nie spojrzy, gdzie nie odwróci, czego nie włączy – słyszymy tylko pustosłowie, brednie, czy wręcz chamskie hasełka pseudo autorytetów wmawiających nam ciemnotę. To zaczyna być koszmar. Dla ludzi, którzy czytają, którzy coś o tym świecie wiedzą – jest to potworne i przerażające. Często przygnębiające. Maleje liczba ludzi wokół nas, z którymi można na normalnym poziomie porozmawiać. Te wszystkie telewizje używają perfidnej metody manipulowania emocjami. Ci łatwowierni naiwni przyjmują to za dobrą monetę i rozmowa z nimi nie idzie w kierunku rozmowy merytorycznej tylko emocjonalnej , a niejednokrotnie nad-emocjonalenej. To kończy możliwość jakiegokolwiek dialogu. Wymiana opinii przeradza się w szafowanie emocjami. Kto nie ulega – odchodzi zasmucony. To jest właśnie Droga, na której jesteśmy, do wizji, którą opisałem na wstępie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że wizja ta – prędzej czy później – się zmaterializuje. Tego się już zatrzymać nie da. Da się jednak próbować uświadamiać ludziom, że jak ćmy – lecą ku płonącej świecy. Wciąż tym samym ostrzeżeniem, tym samym artykułem, tą samą frazą. Wielki Brat już na nas patrzy, czeka i oby się nie okazało, że arcydziełem arcydzieł nie będzie w przyszłości „Czarodziejska góra” Manna tylko „Rok 1984” Orwella. Wielki Brat na razie chce nam tylko sprzedać. Chce się tylko do nas uśmiechnąć. Pomachać. Kiedy jednak już się dowie o nas bardzo dużo może się sklonować, rozdwoić czy też inaczej zwielokrotnić. Mnogość Wielkich Braci też jest prawdopodobna. Te bezcenne dane, czyli niewinna informacja  spowodują, że wolność będzie mogła nam się tylko przyśnić, a i to niekoniecznie. Czy zatem książka jest rozrywką jedną z wielu? Czy może jednak jest rozrywką najszlachetniejszą? Jedyną z  tych rozrywek wytrawnie wzniosłych, mogących jeszcze nas utrzymać przy względnie normalnym życiu? W świetle ostatnich polemik warto się nad tym finalnie zastanowić. Warto się też zastanowić, czy Ci, którzy pokornie godzą się na umiejscowienie jej – jako rozrywkę „jedną z wielu” nie robią szkody ludziom i światu. Nie robią szkody samym sobie i książce jako takiej.  Słowem, szkody – nam wszystkim i całemu temu światu, który się ponoć kończy, albo już się skończył. Otóż nie. Nie skończył się i nie skończy póki będziecie Wy: piszący i czytający. Kochający, zbierający, kupujący, polecający a nade wszystko czytający i dyskutujący nad przeczytanym. A cała ta reszta wespół z bandą współczesnych barbarzyńców?

Qui bono? – drogie panie, mili panowie – Qui bono?

Kim by jednak Wielki Brat nie był, jest jeszcze czas, aby go obnażyć, nazwać, a przede wszystkim zetrzeć mu z twarzy ten wszechobecny i fałszywy uśmieszek szczęścia, który kalkują dziś mało myślący, bądź nie myślący w ogóle. Kopiują go wszelkiej maści prezenterzy telewizyjni, których prywatne perypetie śledzą potem miliony. Powielają go nawet aktorzy czy pewni wybitni na miarę czasów pisarze, który tak bardzo chcą się stać celebrytami, że zjedliby własne … no, wiemy co by zjedli, aby tylko mieć „chwile sławy” i po nim konkretny, obfity i pokaźny zasób konta. Nam, maluczkim niechaj pozostanie Czarodziejska Góra intelektu. Wierzę, że Ona zawsze – w ostatecznym rozrachunku – pokona ten śmieciowy świat. Czego, czy wam czy nam – wszystkim życzę …  Niechaj nie porwie nas bierna rozrywka i owczy pęd. Wszystko bowiem ma dziś swój wyłącznik. I zawsze można zrobić off

Dobranoc.

Off.

Andrzej Walter

Wykorzystanie zdjęć lub tekstów bez zgody autora zabronione

Projekt i realizacja: agencja interaktywna futuresystems.pl