Jak zmienił się krakowski spleen

10 stycznia 2020

Przewrotny jest chyba tytuł tego blogowego wpisu, bowiem w Krakowie, wbrew może nieco archaicznemu już tekstowi autorstwa nieodżałowanej Kory o krakowskiej „depresji” … nie ma już nawet śladu po żadnej depresji. Depresja wyparowała wraz kolejnymi warstwami kapitalizmu (ech, z nieludzką twarzą, oj nieludzką), a Krakusy wprawiają się obecnie szumnie, tłumnie i coraz bardziej ochoczo w liczeniu kasy łojonej wszech-gigantycznie z turystycznej stonki. Stonki tej jak wiemy nikt nie zrzucił – przyszła sam, ot i jest.

 

Bo w Krakowie wszystko się dzieje samo i zawsze samo „jakoś to będzie”, a „się” jest jakby magicznym słowem kluczem – dopełnieniem tworzącym wespół z „samo” przejmujący i nieco sparafrazowany „spleen” będący widmem krakowskiej duszy zasolonej przymusem kapitalistycznego obowiązku posługi niechętnie wypełnianego wobec stonki w ramach poprawnej tolerancji. (No przecież nie niszczy się żywiciela podczas słodkiego pasożytowania)…

 

I tak to jest, kochani, ja Kraków … no cóż, kocham, lecz wyzłośliwiam się nad tym bogobojnym ludem tubylczym nieprzypadkowo obdarzonym wieloma głośnymi tu i ówdzie i powszechnie znanymi przywarami, czy choć cechami, będącymi niejednokrotnie przedmiotem (albo winnymi być) dogłębniejszej analizy na kozetce psychika, o przepraszam, psycho-analityka. (nie mylić z psycholem).

 

Jednakowoż warto przy okazji zauważyć, że „krakowski centuś” niejako ewoluował i stał się dziś dosyć zmodyfikowaną wersją współczesnego obywatela najlepszej kategorii, acz dodajmy uczciwie i bez woalu – nie dla obcych.

 

Uff. Cóż za przydługi wstęp. Dlaczegóż ja to wszystko piszę? Otóż Kraków, mój Kraków, miejsce, które obrałem jako dom, czy choćby drugi dom wciąż nie przestaje mnie zadziwiać, a ostatnio, im bardziej wchodzę i przyglądam się z bliska wielu indywiduom tegoż miejsca tym mniej się jednakowoż zadziwiam. Kraków przybiera bowiem globalne standardy, a artyści Krakowa, z którym mam (niestety) najczęstszą przyjemność schodzą na salony, a salony, noc cóż, te z kolei schodzą na psy, ale czyż ja nie obrażam przypadkiem psów, które kocham równie mocno co i Kraków?

 

Powitaliśmy Nowy 2020 Rok (niech mu ziemia lekką będzie), kurz afery o „najwybitniejszych” i „prawdziwych” nieco opadł, ręce opadły również, opadły też już wszystkie liście i nawet te ostatnie złudzenia co do porządności, godności i honoru ludzi, z którym miało się nadzieję płynąć to ostatnią arką przymierza, niczym z biblijnym Noem podczas Potopu barbarzyńców. Noe może i mitycznym Noem pozostał, ale okazało się przy okazji, że łódź nieco przecieka, że wokół sami kryminaliści, że znajdzie się i Brutus, który z niekłamaną przyjemnością nóż wsunie w plecy i będzie udawał, że nic się nie stało.

 

Mój serdeczny przyjaciel. Krakowski artysta malarz zwykł był mawiać – krakowski zakalec ma się dobrze. Może to i dobry komentarz do tego jak zmienił się z czasem „krakowski spleen”. Po prostu nam spowszedniał, zbladł i sczerstwiał, aż powstał nam permanentny, stały i niestety chroniczny – zakalec … z miodem. Tyle, że miód jakby sztuczny.

Wykorzystanie zdjęć lub tekstów bez zgody autora zabronione

Projekt i realizacja: agencja interaktywna futuresystems.pl